Kiedy ma się dwadzieścia lat i słyszy się opowieści o
ludziach, którzy porzucają wygodne życie w dużym mieście i osiedlają się w Bieszczadach,
na kompletnym odludziu, aby w zimowe wieczory wsłuchiwać się w wycie wygłodniałych
wilków a latem dokarmiać sarenki, które zawitały w okolice obejścia, to jedyna myśl, jaka wówczas przychodzi do głowy, to stwierdzenie - ten człowiek chyba
jest szalony!
Jak można tak żyć? Z dala od cywilizacji, gdzieś na końcu
świata bez dostępu do wszelkich rozrywek i atrakcji dużego miasta?






