środa, 1 kwietnia 2026

Szkocja bez folderu — wiosna w Whitehills / Scotland Off the Brochure — a Spring Day in Whitehills

'Pomiędzy żonkilami a morzem…' 




Czasem najpiękniejsze dni biorą się z niczego: z porannego kaprysu, słońca na firance, z filtra kawy nasypanego odruchowo, zanim jeszcze zdążę zaplanować cokolwiek.
Lubię te spontaniczne wyprawy – bez listy miejsc, mapy i celu. Wystarczy wolny dzień i pogoda, która zapowiada się zbyt dobrze, by ją przesiedzieć w domu. Wiosna to mój ulubiony moment w roku w Szkocji. Ten krótki czas, gdy wciąż panuje spokój, a jednocześnie przyroda zaczyna powoli budzić się z zimowego snu. Ptaki coraz głośniej śpiewają; powietrze ma w sobie miękkość i światło, które tylko tu, na północy, potrafi być tak przejrzyste.

Ostatnio coraz częściej moje kroki prowadzą w stronę Aberdeenshire. Może to ta przestrzeń — lekko dzika, surowa, ale wciąż przystępna, taka „moja” Szkocja, bez tłumów i pośpiechu. Tego dnia skończyło się na małej wyprawie z Moray w kierunku Banff, bo właśnie tam czekał na mnie zamek Inchdrewer Castle.

“Between Daffodils and the Sea”

Sometimes the most beautiful days come from nothing at all — from a whim in the morning, sunlight slipping through the curtain, the quiet act of pouring coffee before any plans are made.

I love these spontaneous escapes — unplanned, aimless, free. Just a day off and a sky that looks too lovely to stay indoors. Spring in Scotland has that fleeting sweetness, the moment before the crowds return, when the land still breathes in rhythm with the sea and the air feels newly born. The birds begin to sing louder, and the light — that northern, silvery light — glows with a clarity that makes everything seem possible.

Lately, my wanderings have taken me more often into Aberdeenshire. Perhaps it’s the open space — raw yet gentle, quietly wild and deeply familiar. This time, I found myself drawn toward Inchdrewer Castle, a lonely ruin standing on a hill, overlooking the distant shimmer of the North Sea.

środa, 25 marca 2026

Szkocja budzi się do życia — żonkile na wrzosowiskach

O tym, jak żółty kwiat zamienia surowe krajobrazy w coś, co wygląda jak sen 


Mieszkam w Szkocji od kilku lat i wydawałoby się, że człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Do deszczu, który pada poziomo. Do słońca o czwartej rano w czerwcu. Do owiec na środku drogi. Ale do żonkili w marcu — nie. Co roku łapię się na tym, że stoję przy samochodzie i po prostu patrzę.

Dla kogoś, kto przyjeżdża tu pierwszy raz, wiosna w Szkocji to prawdziwy szok. Polska wyobraźnia rysuje ten kraj w szarościach i brązach — zamki, wrzosowiska, wieczna jesień. A potem marzec uderza złotem żonkili i cały ten obraz się sypie.

Scotland Wakes — Daffodils on the Moors

On how a yellow flower transforms a raw landscape into something resembling a dream

I have lived in Scotland for several years now, and one might reasonably expect to grow accustomed to everything in time. To rain that falls sideways. To sunlight at four in the morning in June. To sheep standing in the middle of the road, entirely indifferent to one's schedule. But the daffodils in March — those I cannot get used to. Every year, I catch myself standing beside my car, having stopped without quite meaning to, simply looking.

For anyone visiting Scotland for the first time, spring here is a genuine revelation. The image one tends to carry of this country — grey skies, ancient castles, a landscape suspended in perpetual autumn — dissolves sometime around mid-March, when the land erupts, quite without warning, in gold.

sobota, 21 marca 2026

The house by the gate / Dom przy bramie

 or the whole world in a small window

On Scottish gatehouses — the opening chapter of every great estate

Before you reach the manor house, before you see the lime avenue and the sandstone façade, before you hear the crunch of gravel under your wheels — there is this small house. It stands by the gate. It waits. It watches you through one or two windows, like a pair of eyes that have seen everything and remember everything.

The gatehouse. A small building at the entrance to a private estate, built so that someone could live there and monitor who came in and who went out. A porter, a gardener, a watchman. The person at the gate. One of those about whom history writes nothing, and without whom history would not have moved at all.              

The gatehouse belonged neither to the outside world nor entirely to the world within. It was a threshold. It was a boundary that breathes.

Dom przy bramie,

czyli wielki świat w małym oknie 

O szkockich domkach strażniczych — pierwszym rozdziale każdej wielkiej posiadłości

Zanim dotrzesz do dworu, zanim zobaczysz lipową aleję i fasadę z piaskowca, zanim usłyszysz chrzęst żwiru pod kołami — zobaczysz ten mały dom. Stoi przy bramie. Czeka. Patrzy na ciebie jednym, dwoma oknami jak parą oczu, które wszystko widziały i wszystko pamiętają.

Gatehouse. Po szkocku mówi się na to różnie, ale istota jest ta sama: mały budynek u wejścia na prywatną posiadłość, zbudowany po to, żeby ktoś w nim mieszkał i pilnował, kto wchodzi, a kto wychodzi. Portier, ogrodnik, stróż. Człowiek od bramy. Jeden z tych, o których historia nie pisze, a bez których historia by się nie toczyła.

Domek przy bramie nie należał ani w pełni do świata zewnętrznego ani do świata wewnętrznego. Był progiem. Był granicą, która oddycha.

sobota, 14 marca 2026

Tam, gdzie śnieżyczki jeszcze pamiętają zimę

O dwóch ogrodach, jednej wieży i czasie, który zaraz rozkwitnie

 

Słońce przyszło bez zapowiedzi. Po miesiącach szarości i deszczu zacinającego w szyby — przyszło i zostało. Nie na długo, bo tu, na północy, słońce jest gościem nieoczekiwanym i niezbyt pewnym siebie. Ale tego ranka leżało na mokrej trawie z taką śmiałością, jakby nigdy stąd nie odchodziło. I człowiek, który przez całą zimę siedział przy lampie i marzył o skrawku błękitu, nie mógł już dłużej zostawać w domu.

Wsiadłam w samochód i pojechałam na zachód, w głąb Aberdeenshire. W miejsca, do których wraca się nie dla sensacji, lecz dla pewnego rodzaju spokoju — tego, który dają ogrody stare i przemyślane, herbata podana bez pośpiechu, i czas płynący inaczej niż w mieście.

W Szkocji wiosna nie wybucha — ona nieśmiało puka do drzwi. Najpierw jeden krokus przy ścieżce. Potem drugi. A potem, pewnego ranka, cały ogród.

Where the Snowdrops Still Remember Winter 

On two gardens, one tower, and a time about to burst into bloom

The sun arrived without warning. After months of grey skies and lashing rain, it came, and it stayed. Not for long, for up here in the north, the sun is an unexpected guest, never quite sure of itself. But that morning it lay across the wet grass with such boldness as though it had never left at all. And the person who had spent the whole winter sitting by a lamp, dreaming of a strip of blue sky, could no longer remain indoors.

I got into the car and drove west, deep into Aberdeenshire. Towards places one returns to not for sensation, but for a particular kind of peace — the kind that old, considered gardens give you, tea served without hurry, and time that flows differently than in the city.

In Scotland, spring does not explode — it knocks shyly at the door. First one crocus along the path. Then another. And then, one morning, the whole garden.

 

czwartek, 5 lutego 2026

Nieopublikowane / Unpublished

 

Są zdjęcia, które żyją dłużej niż chwila ich wykonania. Trwają w pamięci aparatu, w folderach nazwanych przypadkowo, w zakamarkach dysku, gdzie czas nie płynie linearnie. Leżą tam — zawieszone — jakby czekały na swoją kolej, na gest nazwania, na zdanie, które nada im sens.

Myślę o nich często. O fotografiach, które powstały w ruchu, w przerwie między obowiązkami, w krótkim oddechu od codzienności. O wydarzeniach, które miały swoje „teraz”, ale nigdy nie dostały swojego „opowiedz”.

Some photographs live longer than the moment they were taken.
They linger in the camera’s memory, in folders given accidental names, in the hidden corners of a hard drive where time no longer moves forward. They remain there — suspended — as if waiting for their turn, for the gesture of naming, for a sentence that will give them meaning.

I think about them often. About images created in motion, in the narrow spaces between obligations, in brief breaths taken from everyday life. About events that had their now but never received their to be told.

poniedziałek, 19 stycznia 2026

The Whisky Line - Keith & Dufftown Railway

 


Nowy rok to czas nowych podróży. Tym razem jednak zaczynam od tych, które już odbyłam, choć w natłoku codziennych obowiązków nie starczyło mi czasu, by je opisać. Na początek miejsce — a właściwie atrakcja — która powinna znaleźć się na liście „must visit”, jeśli zdecydujecie się zawitać w te rejony Szkocji.

Dla wielu odwiedzających Moray kojarzy się wyłącznie z whisky. Zawsze. Jakby ten region dało się zamknąć w szklance bursztynowego trunku. Przyjezdni przyjeżdżają tu tropem destylarni, etykiet i degustacji. Ja mieszkam tu na co dzień i wiem, że Moray pokazuje zupełnie inne oblicze — cichsze, wolniejsze, szczególnie latem. I właśnie wtedy najlepiej wsiąść tu do pociągu. I to nie byle jakiego. Tak też zrobiłam!

Trasa z Dufftown do Keith nie jest długa, ale nie o kilometry tu chodzi. To jedna z tych podróży, w których liczy się sama droga. Wąskotorowa kolej, stare wagony i tempo, które od pierwszych minut narzuca inny rytm — jakby ktoś szeptał: „zwolnij, popatrz”.

środa, 31 grudnia 2025

Last of the year

 

Rok nie zamyka się jednym gestem ani jedną datą. Raczej rozprasza się powoli, jak światło, które pod koniec dnia jeszcze przez chwilę osiada na powierzchniach rzeczy, zanim ustąpi miejsca zmierzchowi. Kiedy próbuję go opowiedzieć, nie układa się w ciągłą narrację. Jest zbiorem obrazów, fragmentów krajobrazu, chwil zawieszonych pomiędzy trwaniem a pamięcią. Przypomina szkocką ziemię — niejednoznaczną, zmienną, czasem surową, czasem zaskakująco łagodną. Taką, która nie daje się do końca poznać, ale pozwala się doświadczać.

Było w nim lato, w którym światło trwało zbyt długo, jakby nie chciało uznać granic wyznaczanych przez czas. Wieczory były ciepłe i otwarte, a rytm dni wyraźnie zwalniał. Wystarczało usiąść nad wodą, by poczuć, że porządek świata — choć kruchy i chwilowy — nadal istnieje. Spacery bez celu, ścieżki prowadzące donikąd, zatoczki ukryte przed wzrokiem stały się ważniejsze niż miejsca zaplanowane i nazwane. To one zapisywały się w pamięci najtrwalej.

piątek, 12 grudnia 2025

Magia Świątecznych Jarmarków i Wegańska Uczta w Salt ‘n’ Fire.

Zima ma swój niepowtarzalny urok, szczególnie kiedy zbliżają się święta. Miasta zaczynają tętnić życiem, a ulice wypełniają się zapachami, które budzą wspomnienia o ciepłych, rodzinnych chwilach. Jednym z najpiękniejszych momentów w tym okresie są oczywiście świąteczne jarmarki. To miejsca, gdzie tradycja łączy się z nowoczesnością, a atmosfera pełna jest magii. To czas, kiedy każdy zakątek miast rozświetlają miliony światełek, a w powietrzu unosi się zapach korzennych przypraw, grzanego wina i świeżych wypieków. Ale nie tylko to sprawia, że jarmarki są tak wyjątkowe.

Magia Świątecznych Jarmarków

Świąteczne jarmarki mają w sobie coś ponadczasowego. Wystarczy spacerować wśród drewnianych straganów, słuchając dźwięków świątecznych piosenek, by poczuć, jak na chwilę zatrzymuje się czas. Te małe, klimatyczne miasteczka bożonarodzeniowe, które pojawiają się na głównych placach miast, zapraszają do odkrywania nie tylko rękodzieła i unikalnych prezentów, ale również smaków, które trudno znaleźć gdzie indziej. W tym okresie miłośnicy sztuki rzemieślniczej, czekolad, miodów, czy oryginalnych ozdób mają okazję zakupić coś, co przypomni im o tej wyjątkowej atmosferze przez cały kolejny rok.

poniedziałek, 24 listopada 2025

Listopadowe podsumowanie roku

 


Listopad w Moray ma w sobie coś wyjątkowego. Dni stają się coraz krótsze, powietrze pachnie dymem z kominków, a mgły snują się po dolinach, jakby chciały otulić świat miękką ciszą. To ten moment w roku, kiedy przyroda wyraźnie zwalnia — i ja też zaczynam. Gdzieś między ostatnimi liśćmi a pierwszym przymrozkiem pojawia się we mnie potrzeba, by spojrzeć wstecz. Zatrzymać się. Oddychać głębiej.

Niektórzy czekają z podsumowaniami do Sylwestra, inni siadają do nich w styczniu, z nowym kalendarzem i czystą kartką w dłoni. Ja jednak najbardziej lubię ten przedświąteczny, cichy czas — kiedy niczego już nie trzeba udowadniać, a wszystko, co miało się wydarzyć, w większości już się wydarzyło. Wtedy mogę spojrzeć na minione miesiące nie z perspektywy pośpiechu, ale wdzięczności.

Zatrzymać się w drodze

Każdy rok w Szkocji uczy mnie czegoś nowego. Może to kwestia światła, które tu pada inaczej — miękko, czasem surowo, ale zawsze prawdziwie. Może to kwestia przestrzeni — tych bezkresnych plaż w Lossiemouth, ścieżek wzdłuż rzeki Spey, czy pagórków wokół Elgin, gdzie można spacerować godzinami, nie spotykając nikogo.

środa, 29 października 2025

We mnie wciąż trwa lato..

 


Ze słonecznego lata niemal niezauważalnie wkroczyłam w głęboką jesień. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to się stało. Może wtedy, gdy poranne powietrze po raz pierwszy pachniało chłodem, a słońce zaczęło wschodzić nieco później jakby i ono potrzebowało dłuższego snu.

A może wtedy, gdy z drzew zaczęły spadać pojedyncze, złote liście — jeszcze nieśmiało, jak pierwsze zwiastuny zmiany.

Zanim się zorientowałam, lato odeszło. Bez pożegnania, bez ostatniego gestu. Cicho, jak ktoś, kto nie lubi dramatów.

A jednak ono ciągle jest we mnie. Wciąż czuję jego obecność pod skórą — ciepło, które słońce zostawiło na moich ramionach, i tę „szkocką opaleniznę”, która, wbrew wszystkiemu, trzyma się zaskakująco dobrze.

Tego roku lato było wyjątkowe — rozświetlone, hojne, długie. Takie, które otulało ciało i duszę. Nie goniło nigdzie. Pozwalało trwać.