Śladami
Makbeta. Ale tego prawdziwego.
O królu, którego Szekspir skutecznie zrujnował — i o miejscach, które pamiętają go inaczej.
Kilka
tygodni temu postanowiłam poszukać wycieczki jednodniowej po Highlandach. Nic
wielkiego — Isle of Skye albo okolice Moray, z przewodnikiem, żeby nie musieć
samej nawigować po tych krętych drogach, gdzie owca na środku jezdni to nie
anegdota, lecz codzienność.
I
znalazłam. Wycieczka zatytułowana dumnie: Śladami Makbeta. Oczywiście się
wciągnęłam. Kliknęłam. Przeczytałam program. I westchnęłam.
Inverness.
Cawdor Castle. Inverness. Znowu Cawdor Castle. Może jeszcze raz Inverness, dla
pewności.
Żadnych
miejsc, które rzeczywiście mają coś wspólnego z prawdziwym Makbetem — tym z
historii, nie z dramatu. Żadnego Forres, żadnego Dingwall, żadnego Elgin.
Szekspirowska wersja króla wygrała z rzeczywistością tak skutecznie, że prawie
wymazała tę drugą z turystycznych folderów.
A
szkoda. Bo prawdziwy Mac Bethad mac Findlaich — tak brzmiało pełne imię
szkockiego króla — był postacią o wiele bardziej interesującą niż sugeruje
dramat angielskiego pisarza, który miał swoje powody, żeby go przedstawić w jak
najgorszym świetle. O tych powodach napiszę na końcu — wiem, że maturzyści
czytają ten blog, więc niech coś z tego wyciągną 😊.
Dziś
zabieram was w trasę moją — tę z historią w tle, nie ze sztampowym
przewodnikiem w ręku.
