Są
pytania, które dzielą ludzkość. Kawa czy herbata? Koty czy psy? I wreszcie: czy
Szkoci są przystojni?
To
ostatnie, choć może brzmi jak temat do rozmowy przy winie z przyjaciółkami,
zasługuje na poważniejszą refleksję — bo kto, jeśli nie oni, mają prawo do
reputacji twardych, dumnych, odważnych mężczyzn z północy?
Wszystko
zaczęło się całkiem banalnie. W pracy byłam świadkiem sceny, jakich biurowe
życie dostarcza od czasu do czasu – dwóch Szkotów rywalizowało o względy naszej
nowej koleżanki, Beth. Portugalskie słońce w ludzkiej postaci – uśmiech,
wdzięk, spojrzenie jak z reklamy perfum. A obok niej dwóch przedstawicieli
dumnego narodu, w którym kilt jest bardziej symbolem odwagi niż modowym
dodatkiem. Patrząc, jak prężą się, żartują, śledzą każdy jej krok —
zrozumiałam, że oto mam przed oczami metaforę samą w sobie. Męski instynkt w
czystej, szkockiej postaci.
I wtedy przyszło pytanie: czy to właśnie jest ten legendarny szkocki urok?
Szkot
z marzeń i z ekranu
Zacznijmy od obrazu, który przez lata karmiła nas kultura. W naszych głowach Szkot to ktoś pomiędzy Williamem Wallace’em z Braveheart a Seanem Connerym w smokingu – czyli połączenie wojownika, dżentelmena i marzenia każdej kobiety z wyobraźnią. (A nieziemsko przystojny Sam Heughan, odtwórca głównej roli w telewizyjnej serii Outlander jeszcze tę wyobraźnię podbija.) Wysoki, barczysty, o spojrzeniu, które obiecuje bezpieczeństwo i dreszczyk emocji jednocześnie.
Dochodzi do tego niepowtarzalny akcent, w którym każde słowo brzmi jak linijka poezji i jakby samym tonem zdradzało romantyczną duszę. Jak tu nie ulec urokowi człowieka, który potrafi zamienić zwykłe „hello” w muzykę?
Ten
wizerunek działa bez zarzutu – do chwili, kiedy wylądujesz w przeciętnym
szkockim miasteczku i spojrzysz na jego mieszkańców z bliska. Bo wtedy schemat
zaczyna się kruszyć. I to dosłownie.
Szkot
z ulicy
Nie
każdy Szkot wygląda jak Mel Gibson po retuszu. Ba, większość raczej przypomina
ekipę z Trainspotting po nieprzespanej nocy niż bohatera romantycznego
dramatu. Często noszą dresy (zawsze sprawiające wrażenie, jakby właśnie
skończyli mecz, a czasem nawet kilka lat temu), koszulki z herbem ukochanej
drużyny piłkarskiej i dumny zestaw tatuaży, którego zakresu nawet nie próbuję
sobie wyobrażać.
Sylwetka?
Najczęściej „życiowa”. Uśmiech? Cóż, dentysta w Szkocji wydaje się być zawodem
deficytowym. Ale – i tu tkwi paradoks – wśród tego chaosu imperium piłki nożnej
i braku pasty wybielającej, Szkoci zachowują coś niepodrabialnego: bezczelną
pewność siebie.
Podchodzą
do kobiet z taką łatwością, jakby całe życie ćwiczyli to podejście w pubie. I
nawet jeśli ich wygląd nie wpisuje się w żadne kanony, to sposób, w jaki mówią,
śmieją się, jak nonszalancko zarzucą „aye, lass”, ma w sobie coś
rozbrajającego. Kobieta nie wie, czy właśnie się oburzyć, czy już zakochać.
Szkot
w wydaniu premium
Na
szczęście jest też ta druga kategoria – powiedzmy: „Szkot z katalogu”. Taki,
który mógłby spokojnie reprezentować kraj na konkursie „Mr. Highland”. Wysoki,
z brodą jak z najmodniejszego barber shopu w Edynburgu, wyprostowany, pachnący
dobrymi perfumami i świadomością własnych atutów.
Kiedy
taki wchodzi do pokoju, powietrze jakby gęstnieje. Nie musi mówić wiele –
wystarczy spojrzenie, lekki uśmiech, a już wiadomo, że to mężczyzna, który zna
swoją wartość. I o dziwo, nie ma w tym ani krzty arogancji. Raczej spokój. Tę
pewność, która nie wymaga słów.
Patrząc
na takich przedstawicieli szkockiej nacji, człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego
w XIX wieku kobiety mdlały na widok eleganckich oficerów Highland Regiments.
Historia, duma i męska prostota – to mieszanka, która działa do dziś.
Puenta
(z przymrużeniem oka)
Czy
Szkoci są przystojni?
Odpowiedź
brzmi: tak, ale po szkocku – czyli z zastrzeżeniem, że „przystojność” nie
zawsze oznacza równe zęby i biceps jak z siłowni. Urok Szkotów to nie wynik
kosmetycznych zabiegów, a raczej efekt wewnętrznego luzu i świadomości, kim się
jest.
Czasem
nawet ten nieokrzesany typ z futbolowym szalikiem potrafi mieć w sobie więcej
magnetyzmu niż niejeden elegancki londyńczyk. Bo Szkot, nawet jeśli nie
olśniewa, nigdy nie udaje. A autentyczność to dziś towar deficytowy.
Konkluzja?
Szkotów nie ocenia się w kategoriach przystojny – nieprzystojny. Raczej: „z
charakterem” lub „z jeszcze większym charakterem”.
A z gustami, jak wiadomo, się nie dyskutuje. De gustibus non est
disputandum.




Fajnie napisane:-)
OdpowiedzUsuń