wtorek, 14 sierpnia 2018

De gustibus non est disputandum -czyli czy Szkoci są przystojni?


Są pytania, które dzielą ludzkość. Kawa czy herbata? Koty czy psy? I wreszcie: czy Szkoci są przystojni?

To ostatnie, choć może brzmi jak temat do rozmowy przy winie z przyjaciółkami, zasługuje na poważniejszą refleksję — bo kto, jeśli nie oni, mają prawo do reputacji twardych, dumnych, odważnych mężczyzn z północy?

Wszystko zaczęło się całkiem banalnie. W pracy byłam świadkiem sceny, jakich biurowe życie dostarcza od czasu do czasu – dwóch Szkotów rywalizowało o względy naszej nowej koleżanki, Beth. Portugalskie słońce w ludzkiej postaci – uśmiech, wdzięk, spojrzenie jak z reklamy perfum. A obok niej dwóch przedstawicieli dumnego narodu, w którym kilt jest bardziej symbolem odwagi niż modowym dodatkiem. Patrząc, jak prężą się, żartują, śledzą każdy jej krok — zrozumiałam, że oto mam przed oczami metaforę samą w sobie. Męski instynkt w czystej, szkockiej postaci.

I wtedy przyszło pytanie: czy to właśnie jest ten legendarny szkocki urok?

Szkot z marzeń i z ekranu

Zacznijmy od obrazu, który przez lata karmiła nas kultura. W naszych głowach Szkot to ktoś pomiędzy Williamem Wallace’em z Braveheart a Seanem Connerym w smokingu – czyli połączenie wojownika, dżentelmena i marzenia każdej kobiety z wyobraźnią. (A nieziemsko przystojny Sam Heughan, odtwórca głównej roli w telewizyjnej serii Outlander jeszcze tę wyobraźnię podbija.)  Wysoki, barczysty, o spojrzeniu, które obiecuje bezpieczeństwo i dreszczyk emocji jednocześnie.

Dochodzi do tego niepowtarzalny akcent, w którym każde słowo brzmi jak linijka poezji i jakby samym tonem zdradzało romantyczną duszę. Jak tu nie ulec urokowi człowieka, który potrafi zamienić zwykłe „hello” w muzykę? 


Ten wizerunek działa bez zarzutu – do chwili, kiedy wylądujesz w przeciętnym szkockim miasteczku i spojrzysz na jego mieszkańców z bliska. Bo wtedy schemat zaczyna się kruszyć. I to dosłownie.

Szkot z ulicy

Nie każdy Szkot wygląda jak Mel Gibson po retuszu. Ba, większość raczej przypomina ekipę z Trainspotting po nieprzespanej nocy niż bohatera romantycznego dramatu. Często noszą dresy (zawsze sprawiające wrażenie, jakby właśnie skończyli mecz, a czasem nawet kilka lat temu), koszulki z herbem ukochanej drużyny piłkarskiej i dumny zestaw tatuaży, którego zakresu nawet nie próbuję sobie wyobrażać.

Sylwetka? Najczęściej „życiowa”. Uśmiech? Cóż, dentysta w Szkocji wydaje się być zawodem deficytowym. Ale – i tu tkwi paradoks – wśród tego chaosu imperium piłki nożnej i braku pasty wybielającej, Szkoci zachowują coś niepodrabialnego: bezczelną pewność siebie.

Podchodzą do kobiet z taką łatwością, jakby całe życie ćwiczyli to podejście w pubie. I nawet jeśli ich wygląd nie wpisuje się w żadne kanony, to sposób, w jaki mówią, śmieją się, jak nonszalancko zarzucą „aye, lass”, ma w sobie coś rozbrajającego. Kobieta nie wie, czy właśnie się oburzyć, czy już zakochać.

Szkot w wydaniu premium

Na szczęście jest też ta druga kategoria – powiedzmy: „Szkot z katalogu”. Taki, który mógłby spokojnie reprezentować kraj na konkursie „Mr. Highland”. Wysoki, z brodą jak z najmodniejszego barber shopu w Edynburgu, wyprostowany, pachnący dobrymi perfumami i świadomością własnych atutów.

Kiedy taki wchodzi do pokoju, powietrze jakby gęstnieje. Nie musi mówić wiele – wystarczy spojrzenie, lekki uśmiech, a już wiadomo, że to mężczyzna, który zna swoją wartość. I o dziwo, nie ma w tym ani krzty arogancji. Raczej spokój. Tę pewność, która nie wymaga słów.

Patrząc na takich przedstawicieli szkockiej nacji, człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego w XIX wieku kobiety mdlały na widok eleganckich oficerów Highland Regiments. Historia, duma i męska prostota – to mieszanka, która działa do dziś.

Puenta (z przymrużeniem oka)

Czy Szkoci są przystojni?

Odpowiedź brzmi: tak, ale po szkocku – czyli z zastrzeżeniem, że „przystojność” nie zawsze oznacza równe zęby i biceps jak z siłowni. Urok Szkotów to nie wynik kosmetycznych zabiegów, a raczej efekt wewnętrznego luzu i świadomości, kim się jest.

Czasem nawet ten nieokrzesany typ z futbolowym szalikiem potrafi mieć w sobie więcej magnetyzmu niż niejeden elegancki londyńczyk. Bo Szkot, nawet jeśli nie olśniewa, nigdy nie udaje. A autentyczność to dziś towar deficytowy.

Konkluzja?
Szkotów nie ocenia się w kategoriach przystojny – nieprzystojny. Raczej: „z charakterem” lub „z jeszcze większym charakterem”.
A z gustami, jak wiadomo, się nie dyskutuje. De gustibus non est disputandum.

 


1 komentarz: