Rok
nie zamyka się jednym gestem ani jedną datą. Raczej rozprasza się powoli, jak
światło, które pod koniec dnia jeszcze przez chwilę osiada na powierzchniach
rzeczy, zanim ustąpi miejsca zmierzchowi. Kiedy próbuję go opowiedzieć, nie
układa się w ciągłą narrację. Jest zbiorem obrazów, fragmentów krajobrazu,
chwil zawieszonych pomiędzy trwaniem a pamięcią. Przypomina szkocką ziemię —
niejednoznaczną, zmienną, czasem surową, czasem zaskakująco łagodną. Taką,
która nie daje się do końca poznać, ale pozwala się doświadczać.
Było w nim lato, w którym światło trwało zbyt długo, jakby nie chciało uznać granic wyznaczanych przez czas. Wieczory były ciepłe i otwarte, a rytm dni wyraźnie zwalniał. Wystarczało usiąść nad wodą, by poczuć, że porządek świata — choć kruchy i chwilowy — nadal istnieje. Spacery bez celu, ścieżki prowadzące donikąd, zatoczki ukryte przed wzrokiem stały się ważniejsze niż miejsca zaplanowane i nazwane. To one zapisywały się w pamięci najtrwalej.


