Nowy
rok to czas nowych podróży. Tym razem jednak zaczynam od tych, które już
odbyłam, choć w natłoku codziennych obowiązków nie starczyło mi czasu, by je
opisać. Na początek miejsce — a właściwie atrakcja — która powinna znaleźć się
na liście „must visit”, jeśli zdecydujecie się zawitać w te rejony Szkocji.
Dla
wielu odwiedzających Moray kojarzy się wyłącznie z whisky. Zawsze. Jakby ten
region dało się zamknąć w szklance bursztynowego trunku. Przyjezdni
przyjeżdżają tu tropem destylarni, etykiet i degustacji. Ja mieszkam tu na co
dzień i wiem, że Moray pokazuje zupełnie inne oblicze — cichsze, wolniejsze,
szczególnie latem. I właśnie wtedy najlepiej wsiąść tu do pociągu. I to nie byle
jakiego. Tak też zrobiłam!
Trasa z Dufftown do Keith nie jest długa, ale nie o kilometry tu chodzi. To jedna z tych podróży, w których liczy się sama droga. Wąskotorowa kolej, stare wagony i tempo, które od pierwszych minut narzuca inny rytm — jakby ktoś szeptał: „zwolnij, popatrz”.