Obiecałam wam kolejny post, z mojego wakacyjnego wypadu. już kilka tygodni temu. I jak zwykle mam mały poślizg, ale tym razem nie wynika
on z nadmiaru pracy -tu bez zmian zawsze jest jej dużo, a nawet stanowczo za
dużo.
Po prostu każdy kiedyś musi zwolnić, zwłaszcza gdy
zdrowie odmawia mu posłuszeństwa. Praca musiała pójść na kilka tygodni w
odstawkę, a ogólne osłabienie odebrało mi chęci nie tylko do zwiedzania, ale i
również do pisania bloga. Materiałów na posty mam dużo. Muszę się jedynie
zebrać i opisać wszystkie odwiedzone miejsca. Dzisiaj z opóźnieniem relacja z
wakacyjnej wyprawy część II. (cześć I pod tym linkiem)
************************************
Kolejny punkt wyprawy to Portsoy. Bardzo lubię to
miejsce. Jest to niewielka kameralna miejscowość, z charakterystycznymi dla
tego regionu rybackimi domkami, które wyglądają jakby były zbudowane dla krasnoludków.
Tu po raz pierwszy, wiele lat temu, widziałam ludzi kultywujących dawne tradycje – ubierających się w tradycyjne odświętne stroje i wybierających się na niedzielną mszę.
Po krótkim spacerze po marinie wyruszyliśmy do kolejnego miejsca. Przyznam się, że tu nigdy wcześniej nie byłam. To urocza, mała wioska rybacka Sandend, Podobnie jak w Portsoy, pełno tu małych rybackich chatek, z których większość wynajmowana jest turystom.
W marinie rodzina z licznym potomstwem ‘polowała’ na kraby. Dzieci miały doskonalą zabawę. Kraby po odłowieniu i krótkim pobycie na powierzchni oczywiście wróciły do morza. Z pewnością było to dla tych żyjątek dość stresujące, ale lepsze to niż wylądowanie na talerzu. Przyznam, że ta zabawa mnie również wciągnęła. Rozglądam się już za siatkami do łapania krabów i zamierzam sama spróbować swoich sił w odławianiu i wypuszczaniu krabów. Mam nadzieje, że nie skończy się to bolesnym uszczypnięciem – te małe żyjątka mają naprawdę potężna sile w swoich szczypcach.
Z wioski wyruszyliśmy do kolejnego punktu Fordyce. Tu zaliczyliśmy
kolejny zamek i przespacerowaliśmy się po przyległym do niego cmentarzu.
Jednak dla mnie największą atrakcją tej malej wioski był ogród, który widzicie na zdjęciach. Wyobrażam sobie, ile pracy i czasu trzeba włożyć w jego utrzymanie. Jako ciekawostkę dodam, że w pobliskim muzeum poświęconym historii tego miejsca od pracującego tam pana wolontariusza dowiedzieliśmy się, że średni wiek mieszkańców to 55 lat. To by wyjaśniało skąd tak piękne ogrody 😉
Takie małe miejsca rzadko odwiedzane są przez turystów. Większość zainteresowana jest zwiedzeniem tych znanych i popularnych Z jednej strony to szkoda, że tak naprawdę nie są oni w stanie doświadczyć ‘prawdziwego ducha Szkocji’, a drugiej to plus dla lokalnych mieszkańców i dla nas, prawdziwych miłośników tego kraju.
Spacer po wąskich, pustych uliczkach Fordyce i oglądanie zadbanych ogródków były bardzo relaksujące, aż chciałoby się tu zamieszkać.
Ostatnim punktem wyprawy był zamek- Findlater Castle
Usytuowany na skalnym występie nad brzegiem morza, choć mocno
nadgryziony zębem czasu, robi wrażenie. Aby go zwiedzić trzeba mieć dobre buty.
Przyznam się, że niezbyt dobrze byłam przygotowana do jego zwiedzania. Zaliczyłam
upadek na cztery litery. Trawa była mokra po letnim deszczu, a moje buty nie miały
odpowiedniej podeszwy.
Widok rozciągający się z zamku jak i jego otoczenie wynagrodziły mi wszelkie niedogodności.
Zamek to kolejne miejsce, niezbyt licznie odwiedzane
przez turystów. Można się wiec tam delektować cisza i w pełni napawać rozpościerającymi
się widokami.
Informacje o jego historii znajdziecie pod tym linkiem. Gdy
odzyskam dawna energie z pewnością zagłębie się w jego historie i postaram
się dowiedzieć czegoś więcej z lokalnych kronik.
Wyprawę uważam za udaną, a gołębnik w łanach żyta ujął mnie podobnie jak kucyki widziane na początku tego dnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz