Piękna pogoda, jaka towarzyszy mi w Szkocji od kilku dni, w normalnych czasach z pewnością byłaby przyczynkiem do wyjazdów i poznawania nowych miejsc. Niestety, czasy wciąż nie są normalne i jeszcze przez dobrych
kilka miesięcy trzeba się będzie mocno ograniczać. O dalszych podróżach mogę więc
zapomnieć. Co prawda znam takich, którzy nie boją się konsekwencji i łamią wszystkie
zakazy podróżując, na większe niż dozwolone, dystanse. Ja (nie)stety nie należę
do osób, które lubią takie ryzyko i nie wybieram się dalej niż przepisowe 5
mil. A że zwiedziłam już każdy zakątek Moray, a najbliższą okolice to wręcz
przeszłam wzdłuż i wszerz, to do odkrycia nie mam już nic nowego.
Mam jednak ten komfort, że mogę na nowo powracać do cudownych, dobrze mi znanych miejsc. Co więcej, za każdym razem ukazują mi się one w innym, niewidzianym uprzednio świetle. Jeśli na dodatek mogę tam oddać się kontemplacji, to niczego więcej nie potrzeba mi do szczęścia (przynajmniej na obecnym etapie życia).
Przyznam się wam szczerze, że tym razem wizyty tu nie planowałam.
W planach był spacer wyznaczonym szlakiem, po otaczającym Elgin lesie. Spełzły
one jednak na niczym. Okazało się bowiem, że na podobny pomysł wpadła chyba połowa
okolicy. Leśne parkingi były wypełnione po brzegi i o zaparkowaniu samochodu można było zapomnieć.
Spacery po tutejszych lasach są bardzo popularne, ale w pandemii miłość do takiej formy wypoczynku wzmogła się znacznie. Podobnie rzecz ma się z pobliskimi plażami, Trudno się temu dziwić. Po roku ograniczeń i obostrzeń każdy tęskni za choć odrobiną normalności.
Opactwo benedyktyńskie Pluscarden Abbey już opisywałam, w jednym z pierwszych wpisów na tym blogu. Nie będę więc przybliżać wam szczegółów. Odsyłam do strony, która znajdziecie pod tym linkiem.
W przeciwieństwie do leśnych szlaków, w parku otaczającym klasztor było błogo cicho i ‘bezludnie’. Błąkały się po nim jedynie dwie grzeszne dusze, które na wolnym powietrzu spowiadały się benedyktyńskiemu mnichowi ze swoich grzechów. Prawie nikt nie odwiedza takich miejsc w dobie pandemii, zwłaszcza, że na oficjalnej stronie klasztoru umieszczona jest informacja o zamknięciu.
Z pewnością dziwicie się, że po tygodniach izolacji
szukam odosobnienia i ciszy. Zapewniam was, że nawet przebywanie w domu z dala
od zgiełku pracy potrafi być męczące i naprawdę bardzo wyczerpujące.
Refleksyjny spacer w takim miejscu naprawdę pozwala naładować akumulatory.
Nie należę do osób religijnych, ale w klasztorze naprawdę znajduje odpoczynek i swoistą duchowość. Spacer po tutejszych alejkach zawsze mnie uspakaja i odpręża, a widok budzącej się do życia przyrody dostarczył mi dodatkowych bodźców. Dywany śnieżyczek wyścielające zakamarki parku o tej porze roku dopełniły całości.
Wnętrze kościoła należącego do klasztoru jest raczej
ascetyczne i bardziej przypomina protestanckie kościoły. Magii nadaje mu światło
wpadające przez ogromne witraże okien i zapach kadzidła.
Zresztą sami zobaczcie. Słowa są tu zbędne. Mam nadzieję, że nie zadepczecie tego miejsca, jak skończy się to lockdawnowe szaleństwo, i nadal będę mogła oddawać się refleksyjnym spacerom.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz